piątek, 8 grudnia 2017

Skrzydła Kruka Część II. Jastrząb

Zachody słońca w górach zawsze były inne. Tak jakby słońce stykając się z horyzontem próbowało stopić potężne pasma gór. Niemal słychać było syk topiących się skał.
Eryk patrzył z okna swego domu na tą czerwień rozlaną po całym nieboskłonie, ale myślami był zupełnie gdzieś indziej. Kiedyś tak właśnie zaczynał się jego dzień. Czekał aż słońce pokryje czerwienią góry i wyruszał z misją. Wróciły wspomnienia, jego oczy pociemniały z gniewu i rozczarowania. Zawiódł się  na towarzyszach, przyjaciołach przynajmniej wtedy wydawało mu się że nimi są. Tylko że ich idea miała drugie dno - niszczyć.  Więc odszedł.
Gdzieś tam wśród drzew i skał ukryty jest budynek. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak zwykłe schronisko dla traperów. Za zegarem ukryta była winda. Tylko jeden przycisk ze strzałką w dół. Tylko jedne drzwi prowadzące.. do innego świata.
Organizacja "Skrzydła Kruka" zajmowała się badaniami genetycznymi. Eksperymentowała na genach ludzkich łącząc je ze zwierzęcymi. Tylko nie przewidziano skutków ubocznych.  Pewnego dnia część z tych "tworów"  zbuntowała się i zbiegła. Wtedy powstał ON.  Dzięki genom sokoła miał być po prostu świetnym zwiadowcą.  Nie przewidzieli tylko  jak potężną bronią będzie władał..
Po cichu powstawała armia niszcząca, porywająca, budząca strach wśród ludzi. Twory z nadludzkimi zdolnościami zakradały się nocą i grabiły.. Zlecenia, układy, polityka i wielka tajemnica.
Gdy oświadczył, że odchodzi nie pozwolono mu, kto raz trafił pod Skrzydła Kruka zostawał na zawsze. Ale i tak im uciekł, dzięki swym zdolnościom był jak powietrze - nieuchwytny.
Aż do wczorajszego dnia kiedy spotkał tą dziewczynę ze stertą papierów. Mimo, że się śpieszył pomógł pozbierać dokumenty. I wtedy to się stało, gdy ich ręce się spotkały iskra, która przeskoczyła na jego ramię była jak energia przeszywająca ciało od stóp aż po koniuszki palców. Poczuł w sobie wielką moc i witalność. Siłą woli powstrzymał skrzydła skulone pod koszulą. Dobrze, że uciekła mógł ochłonąć i przemyśleć co się właściwie stało.
Na chwilę przymkną oczy by uspokoić natłok myśli. On - Eryk, profesjonalny zwiadowca, mający za nic prawa grawitacji, nie uchwytny, niepokonany, dał się złapać w sidła fascynacji jakiejś nieznajomej. Przyciągała go, wabiła, mąciła jego zmysły. Stała się jego obsesją.

Skrzydła Kruka Część I. Przemiana

Błądząc wśród myśli i znaków jak mała muszka wciąż szukała... ale czego? TEGO właściwego, niepowtarzalnego. Może miłości, może przytulenia. Ta pustka, która w niej była, jak echo powtarzała wciąż te same słowa. Gdzie jesteś moje spełnione marzenie? Ale nikt nie potrafił jej pomóc, bo to było w środku, w niej samej. Teraz patrzyła przez szybę jadącego pociągu. W sumie cieszyła się, że jedzie, że się porusza. Może tam gdzieś na kolejnym przystanku w końcu się spełni.. Chciałaby być odważniejsza, twardsza wgryźć się, wbić pazury w otaczającą ją rzeczywistość, ale nie potrafiła. Świat jest czarno-biały, słodko-gorzki.., a gdzie róż? Gdzie kolory zachodu słońca? Pociąg się zatrzymał i obok usiadł jakiś mężczyzna. Naruszył jej prywatność, jej wyspę do tej pory bezludną. Do ciszy oblepiającej ją ze wszystkich stron dołączył nowy dźwięk - oddech drugiego człowieka. To nic, pomyślała i tak wysiadam na następnym przystanku. Kamila jadąca do domu, zmęczona pracą, rutyną, śmiechem znajomych.  Nieznajomy otworzył jakieś czasopismo i zatopił się w lekturze. To dobrze, przynajmniej nie trzeba szukać na siłę tematu do rozmowy. Nagle wokoło zrobiło się biało, potężna eksplozja rozsadziła ściany między przedziałami. Poczuła jak potężny huk wwierca się w głowę i niemal rozsadza czaszkę. Odruchowo skuliła się na siedzeniu chowając głowę między kolana i osłaniając rękami twarz. Później była tylko cisza i ciemność...
- Pani Kamilo? Słyszy mnie pani? - światło wdzierające się pod powieki sprawiało ból. Czuła na policzku piekącą ranę, ale była zbyt słaba by dotknąć twarzy.
- Miała Pani dużo szczęścia.. wszyscy zginęli.. - urywki zdań coraz słabiej docierały do jej świadomości. Zapadała się w jakąś miękką czerń.
- Kamilo. .-znajomy głos sprawił, że spojrzała w tamtą stronę. Babcia? Przecież ty.. Co ja tu robię?
- Cii.. Już czas byś odkryła siebie na nowo. Musisz wrócić już czas.. - Nic nie rozumiała. Czy powinna zacząć się bać? Czerń zaczęła się rozmywać, aż stała się bielą szpitalnych ścian, bielą światła lampy nad stołem operacyjnym.
- Ależ nas pani przestraszyła! Prawie nam odpłynęłaś dziewczyno! - jakaś twarz uśmiechała się do niej. - Uratowali mnie tylko poco? "
Już czas by odkryć siebie na nowo". Słowa sprawiły szybsze bicie serca. Gwałtowny skok ciśnienia. Pulsowanie w skroniach. Zaczerpnęła głęboko powietrza by się uspokoić. Nie czuła bólu, pewnie podali jakiś środek przeciw bólowy.
Miała dużo szczęścia, mówili, że przeżyła jako jedyna w wagonie. Po tygodniu wyszła ze szpitala. Długie blond włosy zaplecione w warkocz, zielone oczy ukryte pod przeciwsłonecznymi okularami - jeszcze ciągle wrażliwe na światło. Luźny, błękitny płaszczyk skrywał smukłą sylwetkę. Nie lubiła zwracać na siebie uwagi. Zawsze wybierała samotne wyprawy w góry z dala od ludzkich oczu. Tam odpoczywała, albo raczej próbowała uchwycić tak chwiejną równowagę. Czuła w sobie dwa sprzeczne żywioły. Zatopiona w myślach nie zwracała uwagi dokąd niosą ją nogi.  Dopiero krople deszczu z zachmurzonego nieba zmobilizowały do szukania schronienia. Deszcz zacinał coraz mocniej, a w pobliżu żadnego skrawka dachu. Dłoń którą miała odgarnąć z policzka mokry kosmyk włosów zastygła w pół drogi. Dziwne,woda sprawiła, że skóra z różowej zmieniła się w srebrzystą!
- Co jest do cholery???! - tętno przyśpieszyło, patrząc na swoje srebrzyste dłonie, czuła przypływ adrenaliny, serce biło jak oszalałe, ze strachu, a może od narastającej histerii czy gniewu, że coś się dzieje wbrew niej, poza nią. Czuła jak wzburzona krew dociera do uśpionych do tej pory części umysłu. Coś w niej się zmienia, rozrasta. Najpierw było lekkie mrowienie w opuszkach palców potem na dłoniach zaczęły się tworzyć najpierw małe, później coraz większe kule ognia. Przerażona cisnęła jedną w wielki głaz, a ten z wielkim hukiem rozsypał się w drobny pył. Zaczęła uciekać. Przeszłość i teraźniejszość zlewały się w jedno. Dokąd chciała uciec i przed czym? Nogi same ją niosły, ze świstem mijała drzewa i przydrożne głazy miała wrażenie, że czas stoi w miejscu, a ona porusza się z zawrotną prędkością. W parę chwil była już w domu, zatrzasnęła za sobą drzwi. Zdyszana oparła się o nie i rozejrzała po pokoju. Cisza działała kojąco na rozbiegane myśli. Jeszcze raz spojrzała na dłonie, już prawie wyschły, gdzie nie gdzie tylko było widać srebrzyste cętki.. Stanęła przed lustrem. Długi mokry warkocz, przemoczony płaszczyk, ale to nie było ważne. Srebrzyste dłonie w których kryły się kule ognia, nogi niosące szybciej niż wiatr. Były w niej dwie sprzeczności woda i ogień. Z jednej strony twarz zwyczajnej dziewczyny pragnącej wieźć spokojne, przewidywalne życie, a z drugiej..
-Kim jestem? Czym jestem? - dwie wielkie łzy spływały po policzku tworząc srebrzystą ścieżkę. Przynajmniej wiedziała skąd w niej te rozchwianie i zagubienie. Całe życie było jak woda i ogień. "Odkryjesz siebie na nowo" i co dalej? Gdy już ochłonęła z pierwszych emocji pomyślała jak bardzo teraz jej życie się zmieni.
Będę musiała zrezygnować z pracy w księgowości. Tylko co powiem dla Szefa. "- Panie Echo muszę zrezygnować z pracy w tym dziale bo boję się że puszczę wszystko z dymem." zachichotała.  Trzeba coś wymyślić.
Biuro rachunkowe Pana Echo mieściło się w starym budynku z rzędem kolumn połączonych łukiem.  Tak jak by bogowie greccy wyprowadzając się pozwoli mu zająć to lokum. Piaskowy kolor ścian współgrał z kolorem otoczenia. Płyty chodnikowe, mur otaczający budynek były w podobnym odcieniu. Cień kolumn  emanował przyjemnym chłodem i dawał ukojenie w upalny dzień. W pracy Kamila wyglądała zupełnie inaczej. Włosy spięte w zgrabny kok z tyłu głowy, szara spódniczka do pół łydki  i biała bluzka z falbanką przy kołnierzu. Całości dopełniały dodające twarzy powagi przyciemniane okulary. 
Postanowiła jednak zostać, jeśli nie będzie się denerwowała to nic złego się nie stanie. Zresztą lubiła swój fach, liczby były przewidywalne.  Właśnie wychodziła z biura ze stertą dokumentów, gdy nagle jakiś mężczyzna zastąpił jej drogę. Zderzenie było nieuniknione, a dokumenty wystrzeliły w górę jak fontanna. Normalnie użyła by swoich zdolności i połapała kartki zanim opadły na ziemię, ale w około było zbyt dużo ludzi. Nieznajomy rzucił się jej na pomoc i wspólnie doprowadzili dokumenty do porządku. Podał jej rękę i pomógł wstać, gdy ich dłonie się spotkały nagle przeskoczyła między nimi srebrzysta iskra. Kamila poczuła, jak wszystko w niej zamiera. Wzburzona woda i palący ogień nagle przycichły. Po raz pierwszy w jej rozkołysanych zmysłach zapanowała cisza. Zaskoczona cofnęła rękę i uciekła. Kamila nieczuła się zbyt dobrze w towarzystwie mężczyzn, przytłaczali ją, peszyli i te ich spojrzenia jakby oczekiwali czegoś więcej. Ale ten był inny, przez tę jedną chwilę kiedy mogła mu się przyjrzeć... intrygował ją. Czarne włosy, brązowe oczy, w których igrały chochliki przekorne i zuchwałe. Na chwilę zamknęła oczy, zapragnęła znowu poczuć.. NIE!  Pociąg ruszył. Do domku. W góry. Tam gdzie czuła się najbezpieczniej. Do jej azylu.

czwartek, 7 grudnia 2017

Przyszła hiena do fryzjera

Przyszła Hiena do fryzjera
ten fryzury już dobiera
Nowy styl dziś proponuję
jak się Pani dzisiaj czuje?

Na Papugę dziś jest moda
Pani przecież taka młoda.
Tu niebieskie, tam  zielone
a po środku ciut czerwone.

Niech się Pani nie obraża!
Proponuję styl na pazia.
Tu się przytnie, tam ogoli
Pani zgolić się pozwoli?

Po cóż zaraz te chimery
to są przecież wyższe sfery!!
Co się pani tak rozgląda?
Proponuję na wielbłąda..

Gdy nałożę więcej farby
wtedy wyjdą Ci dwa garby.
Hiena śmiechem się zanosi
chociaż fryzjer grzecznie prosi..

i walory jej wymienia.
Wnet ta rzeknie od niechcenia.
-Ani jam zgrabna ni powabu wcale.
nie potrzebna mi papuga, ani zebry zgrabna kreska
ostrzyż mnie pan  dziś na PIESKA.
Piesek sercu memu bliski
jemy przecież z jednej miski!!



Halogen

Wokoło kipiało jak we wnętrzu wulkanu. Szare skały dzielnie walczyły z oblewającą je czerwoną lawą oraz z językami płomieni. Krajobraz wyglądał jakby między starymi stępionymi zębami smoka przelewało się piekło. Na szczycie jednej z takich skał siedział kot. Czarna sierść lśniła błękitnymi refleksami, a złote oczy śledziły iskry strzelające w górę. W łapie trzymał wędkę. Czarne wędzisko odbijało światło na końcu lśniła srebrzysta żyłka jak lot pocisku przecinała czerń i purpurę płomieni. Na końcu trzepotał motyl. Chyba motyl. Wyglądał jak wznoszący się i opadający błędny ognik. Kot ustawił wędkę tak że motyl prawie dotykał lawy. Czerwonym jęzorem oblizał nos i czekał. Na powierzchni lawy pęcherzyki pęczniały i pękały a lepka maź rozpryskiwała się na wszystkie strony. Kot przyczaił się i cierpliwie czekał. Nagle na powierzchni rozbłysło żółte światło coś chwyciło za motyla i wciągnęło razem z wędką i kotem. Na chwilę wszystko zastygło w bezruchu. Na skale gdzie siedział niedawno kot pojawił się nowy kot z wędką i motylem. Jakby nic się nie stało wpatrywał się w motyla trzepoczącego się nad powierzchnią lawy. Tuż za nim na innym skrawku skalnym siedziały dwa chochliki mocząc nogi w lawie bawiły się pilotem od telewizora.
- No daj teraz moja kolej! - jeden drugiemu wyrywał sprzęt próbując po swojemu manipulować przyciskami. W skutek czego czarny kot raz pojawiał się raz znikał z występu skalnego.

schizofremia

Za oknem padał deszcz. Ciężkie krople uderzały o szybę niemal się w nią wbijając. Patrzyła jak spływają małymi strużkami jakby rozczarowane, że nie mogą wpaść do środka. Ten stukot przypominał trzepot skrzydeł tysiąca motyli. Było ich coraz więcej i coraz mocniej napierały na szybę. Mnóstwo małych owadów z błękitnymi skrzydełkami przetykanymi kryształkami. Połyskiwały przyklejone do okna. Trzepot był coraz głośniejszy, nagle szyba wygięła się pod naporem stworzonek i pękła. Zamknęła oczy, poczuła jak skrzydła owadów przyklejają się do twarzy, ramion, szyi. Obsiadły jej włosy i ręce. Gdy otworzyła oczy spostrzegła że stoi na parapecie za oknem. Miała skrzydła tak jak one. Zimne i wilgotne przyklejone do pleców niespokojnie drżały. Nagle ktoś złapał ją za rękę i wciągnął do środka. Człowiek. Chyba wolała by tak jak w Calineczce by przyleciał uskrzydlony książę i zabrał do swego świata. Lepszego świata.

Część III Wielkie przebudzenie.

Wschodzące słońce połaskotało śpiących bohaterów w noski  budząc ze spokojnego snu. Świnki z tradycyjnym okrzykiem - Nagroda! Zaczęły tańczyć na około stołu, szklanego stołu. Tęczowy nietoperz ziewał dyskretnie przyglądając się tańcowi radości.
-Panie Gacku, nie chcielibyśmy zostawiać was z pustym - podjęła uroczyście Czerwony Kapturek - dlatego w zamian za Kwiat Dobroci zostawiam wam wszystkie fanty z mojego plecaka. Fanty zostały uroczyście wysypane u stóp Nietoperza.
Książę poprawił przekrzywioną podczas snu koronę i wygładził fałdy peleryny.
- Cóż za twarzowe różowe skarpety, na mnie za małe, niestety.
Nietoperz założył je sobie na uszy -jakie cieplutkie -westchną z błogą miną.
- O, są i gwoździe.. i nóż do szkła... wszystko się przyda - zadowolony przeglądał zawartość plecaka - portrety rodzinne sobie powieszę, jakieś te ściany takie..gołe i puste..
- Ale to są gwoździe do wspinaczki.. - próbował wytłumaczyć Krasnal Gburek.
Gdyby dało się przewidzieć skutki poczynań Nietoperza, być może Kapturek nigdy by nie ofiarowała swych fantów. Zaczęło się niewinnie przy pierwszym obrazie powstała tylko drobna rysa, przy drugim rysa niebezpiecznie się rozgałęziła. Przy kolejnym wbitym gwoździu z rysy powstała szczelina.. Rodzina Tęczowego była dosyć liczna, bracia, siostry, ciotki, babcie, zastępy wujków i kuzynów.. trzeba było nieźle kombinować, żeby to wszystko pomieścić. Różowe skarpety chroniły nie tylko przed zimnem, ale także tłumiły dźwięki, więc cichutkie trzaski pękającego kryształu nawet do nietoperza nie docierały, dopiero potężne TRACH wzbudziło czujność.
-Co to było?? - Tęczowy nietoperz rozglądał się wokoło obserwując wędrujące po ścianach pęknięcia. Cała drużyna stała zbita w gromadę z zapartym tchem wsłuchując się w niewróżące nic dobrego trzaski i zgrzyty.
-Nie, nie , nie.. - wyszeptał Książę po raz pierwszy nie wierszem.
- Cicho.. nic nie mówić, nie ruszać się - ostrzegł Gburek, wycierając spocone ręce o kubraczek - bo wszystko runie...
Trzaski ustały, było tylko słychać niespokojne bicie strwożonych serc i ciche sapanie Reksia.
- IK ! - nerwowa czkawka Świnki rozcięła ciszę jak błyskawica. Ile emocji może wywołać takie pojedyncze czknięcie? Gdy pierwsze okruchy kryształów zaczęły odrywać się od ścian. Która świnka czknęła? Nieważne. Ważne kto był pierwszy w sprincie do wyjścia. Książę z Kwiatem Dobroci pod pachą miała najtrudniej. Parł do przodu jednocześnie, jak na dżentelmena przystało, próbował puścić PANIE przodem. Toczył więc przed sobą zbitą grupkę trzech świnek i Czerwonego Kapturka. Na około jak kometa biegał z podkulonym ogonem Reksio próbując przedostać się do wyjścia, niestety grupka dziewczyn stanowiła zwartą grupkę korkującą wyjście, na końcu Gburek uczepiony peleryny Księcia z powodzeniem nadążał za wszystkimi... Nietoperz wyleciał oknem..
Chwilę po tym, gdy wszyscy wytoczyli się z Kryształowej Groty Szklana Góra runęła. Przy wtórze trzasków, huków i sporych wstrząsów z góry i groty została tylko płaska równina skrząca się pięknie drobinkami kryształów.
- Hmm, myślę że już Kwiat Dobroci nie jest potrzebny, taki huk obudził by umarłego.. -szepnął Czerwony Kapturek .
-Ta góra, co się Śnieżką zowie, gdzie ma luba sobie śni, gdy swe otworzy oczy cóż wtedy powie mi? - zastanawiał się Książę.
No tak, przecież legenda mów że Królewna zakocha się w tym kto ją pierwszy pocałuje... Przez chwilę zastanawiał się nad sensem tego stwierdzenia... Nagle coś sobie przypomniał.
-Płomyk nie!!! -skoczył na równe nogi i pognał do zamku najszybciej jak potrafił. Do zamkowej Śnieżki nie było daleko, ot ze dwa pagórki i trzy strumyki.
-Bo widzisz.. jeżeli od tego wstrząsu..ona się obudzi... -próbował wytłumaczyć uczepionemu peleryny Gburkowi - to Płomyk też.. pewnie.. już się zerwał... Ja wiem że to niby smok..ziejący ogniem i w ogóle... Ale Królewna nauczyła go SIAD, APORT..przynosi pa... skałę, jest bardziej trwała..
Zadyszany stanął u wrót zamku. Most zwodzony opuszczono. Bujnie obrośnięty chaszczami wonnych róż, stanowił by pewnie atrakcję turystyczną. Książę trwożnie rozejrzał się po najeżonej kolcami zieleni.
-A co jak się ukuję i też zasnę? - wyszeptał do Gburka
-To nie ta bajka - odparł Gburek uczepiony peleryny. - poza tym  nigdy nie słyszałem by jakiś Książę kiedykolwiek  ucierpiał od takiej małej ranki.
Czas naglił. Książę westchną, dobył miecza i z malującą się na twarzy desperacją zaczął torować sobie drogę. Gburek miał nie lada wyzwanie, z jednej strony kolczaste zarośla, z drugiej miecz, którym Książę zamaszyście wywijał w prawo i lewo . Gdy myśleli już, że te chaszcze pochłoną ich żywcem ich oczom ukazała się wielka brama zamkowa. Była uchylona. Nasz bohater zaparł się i otworzył je na oścież. Wielkie wiszące pajęczyny zasłaniały majestatyczne obrazy i freski. Jednak nie było czasu na rozglądanie się. Szybko na górę. Kręte schody. Jedno piętro. Drugie piętro. Trze..
Widok jaki zastali lekko nimi wstrząsnął. Coś uwięzło im w gardle i w żaden sposób nie chciało wyjść.  Królewna w zwiewnych szatach leżąca na łożu a obok niej smok wielkości wyrośniętego bernardyna wystawiał brzuszek do drapania wesoło wymachując zielonym ogonem. Płomyk od czasu do czasu wypuszczał z pyska małe języki ognia przypalając zwisające z baldachimu koronki.
- Och witajcie - zaszczebiotało dziewczę - dobrze, że jesteście, strasznie się wynudziłam w tych starych murach. Dobrze że Płomyk mnie znalazł. Słodziak prawda? Książę przytakną.
-A w ogóle co to za hałas za oknem? Jakby coś komuś spadło. Tak się przestraszyłam, że się obudziłam. W ogóle czuję się jak bym przespała ze sto lat. Boże co to za bałagan, ile kurzu. Natychmiast zawołaj Hortensję niech tu ogarnie.
Gadała i gadała, jakby chciała nadrobić sto lat milczenia i bezruchu. Książę i Gburek z przerażeniem patrzyli na siebie. Może jednak jakieś czary mary tu będzie potrzebne. Zaraz jak to leciało? "Gdy odnajdziesz Kwiat Dobroci i do serca jej przyłożysz..."
No i się zaczęło. Książę zaczął wywijać piruety i inne figury, a Królewna trzymając się za brzuch tarzała się po łóżku śmiejąc się do rozpuku.
- Jesteś cudny - szepnęła ocierając łzy rąbkiem chusteczki - Chyba się zakochałam.
- Och Pani mego serca, jakże jestem rad, że ten czar stuletni w końcu z Ciebie spadł.
Książę uklękną przed swą wybranką, ujął jej dłoń i pocałował, a trzy świnki i Czerwony Kapturek chlipały w kącie ze wzruszenia.
I w sumie wszystko skończyło się szczęśliwie Królewna odczarowana, Tęczowy nietoperz zamieszkał w jednej z ciemnych grot zamkowych. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Może tylko szkoda Kryształowej góry i Groty, ale kto wie może wróci Szalony Ogr i wszystko odbuduje. Lecz to już zupełnie inna bajka.

część II Kryształowa grota.

Siedmiu towarzyszy niedoli wędrowało niestrudzenie ku Szklanej Górze. Cel był widoczny na kilometr i bił od niego taki blask, że nie potrzebowali mapy by wiedzieć gdzie iść. Właśnie wkroczyli na skalny trakt, gdy nagle ciszę rozdarło wielkie ŁUBUDU!! 
-Przepraszam - mrukną Gburek schylając się po szklaną kulę, która wypadła mu z kieszeni, z namysłem potarł ją o skraj kubraczka i schował z powrotem . - to amulet.
Trzy świnki równocześnie westchnęły, wszyscy byli już zmęczeni ciągłym marszem. Nagle Książę przystanął i przetarł oczy ze zdziwienia.
- A cóż to za dziwna komnata? Czy wzrok mi figle płata??
- Och!! - Świnki także dostrzegły to co Książę - jakie piękne!!
- To kryształowa grota! - wyszeptała zachwycona Czerwony Kapturek.
- Chwileczkę tu jest jakaś informacja -Gburek podszedł do tabliczki i zaczął czytać.
"Kryształowa Grota, gwarantujemy niepowtarzalne doznania.
Wjazd dla Ludzi - 5 zeta,
dla Książąt - 4 zeta,
dla Zwierząt - 3 zeta.
ZAPRASZAMY."
- Nie no zdzierstwo normalnie - oburzyła się żółta świnka.
Wtem ze środka groty rozległ się perlisty śmiech, spazmy śmiechu rozchodziły po całym pomieszczeniu powodując dzwonienie kryształów. Brzmiało to mniej więcej tak jakby ktoś się śmiał jednocześnie wrzucając do szklanki garść szpilek .
-A ha ha ha!  Kto chce płacić niech płaci. Ha ha, Szalonego Ogra nie ma, nikt mnie nie pilnuje, pyszna zabawa się szykuje, a ha ha ha ha!
-Kto żeś ty? Dziwna zjawo? - zawołała Czerwona.
- Jam Nikta, chochlik grot i rozpadlin górskich. Ha ha ha!! Tu nie jeden mnie już zna.
Przez te chochlikowe dzwonienie  Reksio raz po raz potrząsał głową jak by mu coś  wpadło do uszu . Irytowały go te dźwięki. Gdy śmiech umilkł starannie obwąchał wejście do groty i ostrożnie wsadził pyszczek do środka. Nic się nie wydarzyło więc reszta podążyła za nim. Błękitne kryształy mieniły się kolorami tęczy rozrzucając wokoło pryzmat światła. 
- STAAĆ !! - nagle ktoś rykną z góry- dalej nie pójdziecie chyba że zagadkę rozwiążecie.
Ktoś TY!!?? - wrzasną Czerwony Kapturek - JAKĄ ZAGADKĘ? MÓW!!!
-Co to jest? Tylko jedna jest na świecie, gdy po twarzy się poklepiecie.
-A dlaczego tylko po twarzy? - chrumknęła zielona świnka rozglądając się za źródłem dźwięku tajemniczego rozmówcy.
- A.. poco ta twarz??
-Czyja twarz? Swoja czy kogoś?? - jedna świnka za drugą wyrzucały z siebie kolejne pytania, cały czas biegając po grocie i szukając ukrytego wśród kryształów osobnika.
- Ale jak to tak się klepać? Przecież to boli.
- To takie brutalne...
- Nieee!! Dość!! Stop! Przestańcie! Nie wytrzymam! - nagle tęczowy nietoperz wyleciał ze szczeliny, miał na nosie wielkie okulary do czytania. Machał nerwowo skrzydłami i wielkie królicze uszy drgały mu od nieskrywanej irytacji.
- Czy wy nie rozumiecie prostej zagadki!!! Tych parę prostych słów!?
- Zaraz, zaraz - Gburek zaczął wertować swoją księgę - coś tu było...
"Mordo ty moja pośród wielu klaczy
kto Cię tu zobaczy, kto dosiąść się odważy
gdy pośród pląsów much i gzów
z lubością klepiąc się po twarzy
wiesz, że koń to twój żywiciel i towarzysz."
- Głupszego wierszyka w życiu nie słyszałam - Czerwony Kapturek dyskretnie nasłuchiwał wszelkiego bzyczenia, z całych sił próbując się nie drapać.
-Koń??? - kwiknęła z nie dowierzaniem zielona świnka.
- Dla jakiejś klaczy mamy klepać się..??? - jęknęła kolejna.
Tęczowy Nietoperz poczuł się niedoceniony.
- No co? Miało być trudne, już tylu odprawiłem z kwitkiem bo odpowiedzi nie znali - westchną. - poza tym uwielbiam muchy..
Nikta przyglądająca się wszystkiemu z góry, z wrażenia potknęła się o występ skalny i runęła w dół. Niewielkie, srebrne, kudłate stworzonko pacnęło o ziemię i jak mały pomponik potoczyło się do stóp Czerwonego Kapturka. Ze środka wydobyło się niepewne "hy hy".
- Yyy.. witam. To ja Nikta, ten no Chochlik... - sprężyste proste włoski zafalowały.
Tęczowy nietoperz podfrunął do chochlika i kaszlnął znacząco.
- Nikta, przedstawiam Ci naszych zwycięzców - ostatnie słowo wypowiedział z wielkim rozczarowaniem - Proszę o klucz!
- Klucz?? Ach TEN klucz! - przez chwilę coś zabrzęczało i mała różowa łapaka  z krótkimi lecz ostrymi jak szpilki pazurkami wysunęła się z plątaniny futerka, podała złoty kluczyk Nietoperzowi i szybko znikła.- a.. poco klucz?
- To nasi ZWYCIĘZCY - nietoperz cedził przez zęby każde słowo, wyraźnie był rozczarowany obrotem sprawy.
- O nie..- jęknęła Nikta - i co teraz z nami będzie?
Trzy świnki niecierpliwie przebierały kopytkami - Chcemy nagrodę!!
Tęczowy nietoperz westchną teatralnie i zaprowadził wszystkich do małego pomieszczenia. Coś jęknęło, zgrzytnęło, później znowu zgrzytnęło i drzwi się otworzyły.
- Proszę bardzo o to wasza nagroda, gratuluję, fanfary, brawa, hura... - zaczął zrzędzić. - nie krępujcie się..
Na środku kryształowego pokoju stał stół - szklany, a na nim kwiatek w doniczce.
- Kwiatek?? - zdziwiła się Czerwony Kapturek - myślałam że jakiś szmaragd, albo rubin..
- To niezwykle rzadka odmiana - nietoperz z czułością pogładził po maleńkim płatku, coś zadźwięczało i z kwiatka posypały się błękitne iskierki - latami pielęgnowany, przez pokolenia takich jak my.. ech, nasz piękny kwiat dobroci...
- KWIAT DOBROCI ?!!! - wszyscy wypowiedzieli te słowa równocześnie, ściany  niebezpiecznie zadrżały, na niektórych pojawiły się drobne pęknięcia.
- Ale przecież..Szklana Góra? - Gburka trudno było zaskoczyć, ale tym razem te dwa słowa dosłownie zwaliły go z nóg.
- Winda. - nietoperz załamywał łapki nad kwiatem, nie do końca rejestrując co się dzieje naokoło..
- A Baba Jaga?
- Na emeryturze, chłód kryształów źle działał na stawy i reumatyzm.
- I tak po prostu..  za konia kwiatek?? - upewniała się czerwona świnka.
-Co? A tak tak.. jest cały wasz.. - nietoperz dreptał naokoło stołu siąkając nosem.. - mój piękny, kochany kwiatuszek, tyle lat..ech.. dbajcie o niego. Proszę.
-Czy ten kwiat pomoże tu i zbudzi mą lubą z długiego snu?? - Książę w końcu ocknął się z szoku.
-Chodzi o to że Książę zapomniał obudzić królewnę..pocałunkiem i teraz tylko ten kwiat może nam pomóc.- Gburek pokazał nietoperzowi fragment z Księgi Bajek.
-Cóż oni tu wypisują!? ..i pogładzić się po twarzy..pirueta? - Tęczowy pokręcił z nie do wierzeniem białym łepkiem. - to już nieaktualne.
Na chwilę zniknął w zakamarkach jaskini i wrócił z podobną księgą.
-Proszę bardzo "Księga bajek 2017" najnowsze wydanie. I tu pisze...- przez chwile studiował tekst, świnki zmęczone przygodą wtulone w siebie drzemały w rogu pokoju, Reksio dreptał po pokoju obwąchując wszystkie kąty, Czerwony Kapturek drzemał z głową opartą na stole. Tylko Gburek z Nietoperzem naradzali się...
Okazało się że niepotrzebne są żadne piruety jak pisało w "Księdze Bajek 2002", wystarczyło strząchnąć do sakiewki trochę błękitnego pyłu i natrzeć nim skronie śpiącej osoby.
-O proszę.. "Natrzeć skronie swojej Panny, potem włożyć ją do wanny, zwilżyć usta kroplą wina, gdy obudzi się dziewczyna dobrze umyj lubej włosy, natrzyj masłem posyp prosem jak już twarz się zaczerwieni możesz się z kobitą żenić".